poniedziałek, 10 czerwca 2013

libanska restauracyjka i sajgonki

Tak się złożyło, że znów pracowaliśmy na mieście i znów przyszło nam jeść obiad poza domem. Tym razem jednak nie padało. Dla odmiany (ciągle narzekałam na pogodę), świeciło piękne słońce i było 33 stopnie :) Aż chce się żyć!

I znów trzeba było pójść na kompromis - żeby było wegetariańsko i niewegetariańsko. Daleko na szczęście szukać nie musieliśmy, bo tuż za rogiem znaleźliśmy bardzo sympatyczną, spokojną, malutką libańską restaurację. 

W menu aż roiło się od wegetariańskich przystawek. Jednak pośród dań głównych znalazłam tylko jedną taką pozycję, która nazywała się poprostu "plat végétarien" , czyli danie wegetariańskie. Po krótce było opisane z czego się składa, zaryzykowałam.... i nie żałowałam !


Na talerzu zagościł falafel polany ziołowym sosem, hummus, sałata z pomidorami, cebulą i dziwnym smażonym czymś :D , do tego jakieś dziwne trójkątne "a la sajgonki" nadziewane grzybami, no i na koniec to różowe coś. To jakieś warzywo, w smaku przypominało trochę pikle, trochę ogórka kiszonego, ale twarde i chrupiące. Żałuję, że nie spytałam co to tak naprawdę jest. Muszę przyznać, że najbardziej zachwyciło mnie to, że każdy składnik tego dania był bardzo intensywny smakowo, wszystko poprostu porządnie przyprawione! Enide pokusiła się na ten sam wybór co ja, a Marcel wziął szaszłyki wołowe i po spróbowaniu naszego falafela żałował :)

Na "deser" dostaliśmy parzoną miętę w urzekających szklaneczkach :)



Od dłuższego czasu "chodziły" za mną sajgonki. Robiłam je już w sumie 4 razy. Pierwszy raz, musze przyznać, wspominam ze smutkiem i rozgoryczeniem. Farszu do środka napchałam co nie miara, smażyłam za krótko, a gdy próbowałam wyciągnąć, widelce przyklejały mi się do niedosmazonego papieru ryżowego i go poprostu rozrywały. Horror!  Ale jestem smakiem sajgonek tak bardzo oczarowana, że nie poprzestałam na jednej próbie. Druga nastąpiła we Francji, smażyłam je tak jak należy, z mniejszą ilością farszu i wszystko wyszło pięknie, ładnie. Tylko kurcze no, to jest tak strasznie tłuste i zarazem niezdrowe... Podczas smażenia jedną sajgonkę spróbowała na surowo. I mnie olśniło. Przecież one są przepyszne na surowo! Rozwiązanie nasunęło się samo!

Robienie sajgonek to dobra opcja na czyszczenie lodówki! Normalnie do środka daje się jeszcze makaron ryżowy, ale u mnie w lodówce akurat znajdowała się resztka ugotowanego ryżu, więc czemu nie? Przecież tam można włożyć wszystko :)

składniki na około 6 sajgonek:

6 płatów papieru ryżowego
1 duża marchewka
2 łyżki stołowe ryżu
2 dymki
posiekana natka pietruszki
kostka tofu wędzonego
prażony żółty sezam
kiełki soji
sól, pieprz do smaku

Najpierw przygotowałam sobie składniki - marchewkę obrałam i starłam na tarce o grubych oczkach, cebulę obrałam i posiekałam, tak samo pietruszkę. Kiełki odsączyłam z wody, a tofu pokroiłam w małą kostkę. Wszystkie składniki razem wymieszała, doprawiając do smaku.

Przygotowałam miskę z zimną wodą. Moczyłam płat papieru dosłownie chwilkę, po czym kładłam na deskę drewnianą. Wykładałam farsz na dolną część papieru, zostawiając odstęp z każdej strony. Najpierw zawinęłam lewą i prawą stronę, potem od dołu do góry zwijałam całość. Zawsze na końcu pięknie się skleja i nie ma z tym problemu. 

I koniec! Sajgonkę "łapię" owiniętą w liść sałaty i maczam w słodkim sosie sojowym. Pychota! Polecam. To tylko pozory, że niby dużo przy tym pracy, a bez smażenia jeszcze mniej!



Karola


sobota, 8 czerwca 2013

Na miescie, do pracy i na slodko...

Bycie "wege" ma sporo zalet! We mnie przede wszystkim wymusza kreatywność w kuchni. I właśnie to chyba najbardziej mnie ostatnio wciąga. Zanim coś się pojawi na talerzu trwa fascynujący proces. Moja wyobraźnia szaleje kiedy wymyślam połączenia i zestawy. Potem moment zakupów i ... pozytywne zaskoczenie przy kasie! Co prawda nadal ubolewam nad tym, że wielu rzeczy albo u nas w Polsce nie dostanę albo muszę za nie zapłacić dużo drożej niż za granicą ale i tak wychodzę na plus :)

Bycie "wege" ma wiele różnych odcieni. Gotowanie w domu to wielka frajda. Ostatnio odkryłam też uroki przygotowywania sobie jedzenia do pracy. Jeden z takich "zestawów" mogę Wam pokazać :)


Kotleciki owsiane:

szklanka płatków owsianych
tofu
łyżka kukurydzy
szczypiorek
bułka tarta
przyprawy: sól, pieprz, zioła (bazylia, majeranek)

Płatki moczymy w letniej wodzie aż namiękną, dodajemy tofu, przyprawy i miksujemy. Dorzucamy kukurydzę, posiekany szczypiorek i łyżkę bułki tartej.
Z powstałej masy formujemy małe kotleciki, które obtaczamy w bułce tartej i smażymy na gorącym oleju.

Do tego zapakowałam:

- sałatkę z białej rzodkwi, żurawiny i pestek dyni,
- szpinak z czosnkiem



Inne uroki ma wychodzenie na miasto żeby coś zjeść. Kiedy idę sama, wybieram miejsca sprawdzone, w których wiem, że wszystko co dostanę będzie smaczne, zdrowe i wegańskie.
Obiecuję osobny post o takich miejscach we Wrocławiu :)
Ale kiedy jestem w towarzystwie, to wybór miejsca zawsze jest jakimś kopromisem.

Ostatnio miło się zaskoczyłam. I to gdzie? W mojej małej Oławie! :)
Urocze miejsce, które gorąco polecam (nie tylko dla wegetarian): Czarny Kot

A oto cudo, które dostałam, właściwie spoza karty :P Dziękuję Ci Asiu!

Hamburger z kotletem z płatków owsianych i żółtego sera - palce lizać!


A na deser...

Moje pierwsze w życiu ciasto bez jajek! 


Ciasto z rabarbarem i gruszką

2 szklanki mąki 
3/4 szklanki cukru pudru
2 łyżki kakao
1 łyżka cukru waniliowego
szczypta soli
1 łyżeczka sody
pół kubka oleju
1 łyżka octu winnego
1 szklanka wody
1/3 szklanki mleka 
szczypta cynamonu


owoce: rabarbar (3 laski pokrojone i podgotowane), 1 gruszka

Suche składniki zmieszać, dolać składniki płynne, wymieszać tylko do ich połączenia. 
Przelać do tortownicy wysmarowanej margaryną i bułką tartą, na wierzchu poukładać owoce. 
Piec ok. 35 minut w 180°C do suchego patyczka.




Smacznego!
Kinga

niedziela, 2 czerwca 2013

francuskie wesele

To był nie wątpliwie ciężki poranek. W sumie przedpołudnie, bo o poranku jeszcze świetnie się bawiłam. Niezwykłą przyjemnością i ciekawym doświadczeniem był dla mnie ślub i wesele na którym wczoraj byłam. Dwójka znajomych postanowiła zapięczetować swój związek, a ja doznałam zaszczytu i zostałam zaproszona na ich wesele. 

Muszę przyznać, że nigdy jeszcze na takim weselu nie byłam. Impreza wolna od sukni balowych, kredytów w banku, orkiestry z keyboardem i rosołu. Pełna swoboda. Bawiliśmy się w domu i na ogrodzie u cioci Pana  młodego. Drzewa przystrojone były lampionami, światełkami, na dwór wystawione były kanapy, stoły, stoliki, krzesła. Kegle z piwem, które każdy obsługiwał sobie sam. Olbrzymi grill, muzyka na żywo grana przez znajomych jazzmanów, krążąca wśród gości Caipirinha (jeden ze świadków na ślubie to rodowity Brazylijczyk :D ). Wszystko cud, miód i orzeszki. Nie musiałam martwić się o to co zjem. Mięso było tylko w postaci szaszłyków i kiełbas na grillu, a cała reszta nie pozostawiała wiele do życzenia - mnóstwo warzywnych i owocowych sałatek, warzywa na ciepło, kuskus z warzywami, sery, czegóż chcieć więcej?

Po drugiej w nocy bawiliśmy się jeszcze równo, a oznaką naszego pijaństwa była muzyka do której tańczylismy - "prawy do lewego" i "tupające francuskie nóżki". :D

Zbyt długo spać dziś nie mogłam, postanowiłam zrobić tartę.  To jedno z tych dań, które nigdy mi się nie znudzą, naprawdę. Kiedyś robiłam ciasto na tartę sama - z mąki, masła, jajek, teraz najzwyczajniej mi się nie chce. Tutaj nikt nie robi ciasta na tartę, zawsze kiedy jakiejś próbuję pytam i ludzie śmiało przyznają się do kupna gotowego ciasta.

składniki:
Ciasto na tartę :D (u mnie dzisiaj nie francuskie, ale tą samą tartę robiłam już z francuskim i była rewelacyjna)
1 marchewka
3 kulki mrożonego szpinaku
1 duża cebula
pół malutkiej cukini
garść posiekanego szczypiorku i pietruszki
ok. 1 czubata łyżka stołowa sera roquefort
pół szklanki startego na tarce o grubych oczkach sera Gruyere (lub zwykłego żółtego sera)
łyżka jogurtu
2 jajka
sól, pieprz

Ciasto ,razem z papierem w który było zawinięte, wyłożyłam do tartownicy. Na spód wysypałam pokrojoną w pióra cebulę. Przykryłam plasterkami marchewki (którą wcześniej podgotowałam przez 3 minuty). Na to wyłożyłam rozmrożony szpinak z roquefortem.  

Zrobiłam "wypełniacz" - roztrzepałam jajka, dodałam do nich jogurt, sól i pieprz i dokładnie wymieszałam, po czym wylałam na tartę. Następnie posypałam wszystko pietruszką, szczypiorkiem, serem Gruyere i przykryłam cienkimi plasterkami cukini. 

Piekłam przez 20 minut w temperaturze 180 stopni. Oto efekt mojej pracy:



Macie czasami takie dni, że wszystko w okół Was mówi : SŁOOOOODKIEEEE PROSZĘ! SŁODKOŚCI MI TRZEBA!  Ja miałam taki ostatnio... Generalnie cukier to zło, kwestia jeszcze jaki. Ja zawsze wszystko obficie słodzę, niestety. Zanim wyjechałam do Francji, nie spotkałam się w Polsce z czymś takim jak Stevia. Myślę, że to dlatego, że poprostu o tym nie wiedziałam. Tutaj kompletnie przestawiłam się na ten produkt, który moim zdaniem jest rewelacyjny. Sto procent natury, zero kalorii, zero stresu, cukier z rośliny, samo zdrowie. 


Tak więc upiekłam ciasteczka. Owsiane ciasteczka z pestkami dyni i słonecznika i z cukrem ze Stevii :)
Bardzo proste w wykonaniu, nie ma obaw że "nie wyjdą".

składniki:

- 200 g masła w temperaturze pokojowej
- 2 stołowe łyżki cukru Stevia (lub 3/4 szklanki zwykłego cukru)
- 1 paczka cukru waniliowego
- 1 jajko
- 1 szklanka mąki
- 1 łyżeczka proszku do pieczenia
- 2 i pół szklanki płatków owsianych
- ok. 2-3 łyżki stołowe pestek dyni i słonecznik - według upodobań

Mąkę mieszamy z proszkiem do pieczenia. W innej misce ucieramy dobrze masło z cukrem, po czym dodajemy jajko i mieszamy. Masę maślaną dodajemy do mąki i mieszamy wszystko razem z resztą składników. Prawda, że banalne?  Na blachę wykładamy papier do pieczenia, a z ciasta formujemy małe "kulki" które potem spłaszczamy i wykładamy na blachę. Uwaga na odstępy między ciasteczkami - rosną dziady jak szalone :)  Pieczemu 20 minut w temperturze 180 stopni!



Smacznego!
Karolina

  

piątek, 31 maja 2013

A moze frytki do tego?


Dzisiejszy dzień rozpoczęłam od skajpowego połączenia z Francją (zaraz po zjedzeniu owsianki i porannych ćwiczeniach). Trochę plotek, trochę śmiechu... Padła decyzja o założeniu fanpage'a. Tak, to był mój pomysł! Dzień zapowiadał się zatem pracowicie. W momencie, kiedy piszę notkę mamy już 71 like'ów :P A liczba ta rośnie w zatrważająco szybkim tempie! Czyżby wszyscy Ci ludzie interesowali się kuchnią wegetariańską? A może interesują się nami, co siostra? Jak myślisz? :)
Tak czy owak, dziękujemy Wam pięknie i mamy nadzieję, że się nie zawiedziecie.

Dzień spędzony w domu sprzyja gotowaniu, a inspiracja obiadowa przyszła oczywiście od siostry!

Zdrowe frytki? Oczywiście - seler! Przepis banalny, jest tego pełno w internecie! Ja swoje podałam z sałatką z brokuła i kukurydzy oraz ze szpinakiem. Palce lizać!


Frytki:

1 seler i przyprawy (pieprz, curry, kolendra, papryka słodka, zioła)

Selera obieramy i tniemy w paski (jak na frytki), dodajemy przyprawy, można podlać odrobiną oleju i wstawiamy na godzinkę do lodówki. Potem wkładamy do rozgrzanego piekarnika i pieczemy aż do zarumienienia (u mnie trwało to ok 20min)



Sałatka:

pół brokuła (krótko gotowany)
pół puszki kukurydzy,
garść pestek dyni łuskanej
przyprawy: sól, pieprz, kurkuma, zioła


Szpinak z czosnkiem, doprawiony solą i pieprzem :)

Bon appetit!
Kinga

czwartek, 30 maja 2013

W prostocie sila ...

U nas pogoda też nie rozpieszcza. Chłodno, wilgotno ... Jak na koniec maja to przyznam, że mogłaby się trochę bardziej postarać.
Tęsknię za promieniami słońca, czekam na świerze truskawki...

A tymczesem trzeba sobie radzić z tym co jest. Rozgrzewać można się na wiele sposobów :) Jedym z nich jest odpowiednie jedzenie.

Zima przeszła już jakiś czas temu, ale w taką pogodę można z powodzeniem "odkurzyć" parę zimowych patentów.
Szklanka gorącej wody z rana, rozgrzewające przyprawy... proste rzeczy sprawdzają się najlepiej!

Moim ostatnim problemem (wyzwaniem?) stało się zdrowe odżywianie w połączeniu z całym dniem w pracy.

Mój organizm dał mi do zrozumienia, że domaga się czegoś treściwego. Chyba miał dosyć podjadania "byle czego", zapychania się byle dotrwać do wieczora i upichcić coś fajnego.

Zaczęłam kombinować, wymyślać, szukać przepisów, aż ... aż się sfrustrowałam :)

Wtedy w ręce wpadł mi słoik tartych buraków od babci. To jest to! Do tego czerwona soczewica, seler i przyprawy. Taaaaka pasta wyszła!

No i do pracy da się spakować. Świetnie smakowała rozsmarowana na macy.

 Można?



Składniki:


czerwona soczewica

buraki
seler

ziarna słonecznika

curry
majeranek, bazylia
sól, pieprz,

proporcje: u mnie zawsze "na oko" :P


Smacznego!

Kinga

środa, 29 maja 2013

w deszczowy dzien

Cóż, przyznać muszę, że pogoda nam tu ostatnio nie dopisuje. 12 stopni, to maksimum, jakie od losu otrzymaliśmy, a wciąż zewsząd straszą spadkiem do dwóch...

W jeden z tych makabrycznie deszczowych dni, wybraliśmy się do centrum w celu wypełnienia zlecenia, jakim było wymiana zamków w barze. Lało przeokrutnie. Postanowiliśmy zrobić sobie przerwę na obiad. Wtedy Marcel zaczął rozmyślać, gdzie w okolicy znajdziemy restaurację, która zaoferuje nam coś wegetariańskiego. (Jakbyśmy nic nie wymyślili, to zawsze pozostaje dobry kebab, który w ofercie ma również tortille, a w niej falafel :).

Zdecydowaliśmy się na kuchnię tajską. Wbiegliśmy przemoczeni do przepięknie ozdobionej restauracji, w której aż roiło się od orientalnych roślin. Kelner zaprowadził nas do stolika, podał menu, zebrał zmówienie na napoje, po czym wrócił by przyjąć zamówienie... i tutaj moja duma :) Moje postępy w języku francuskim zaczynają być widoczne, skoro sama już potrafię spytać kelnera, czy może mają coś dla mnie bez mięsa, ryb, itp, bo jestem wegetarianką! W menu nie było żadnej pozycji wegetariańskiej, jednak przemiły skośnooki pan zaproponował danie brzmiące banalnie "makaron z warzywami".

Dyskretnie "cyknęłam" zdjęcie aparatem...


Jedyne co było w tym daniu banalne, to nazwa :) Ku mojemu wielkiemu zdziwieniu, był przepyszny i bogaty w składniki - makaron ryżowy, kiełki soji, bambus, mini kukurydzki, marchewka, pietruszka, dziwne grzyby, orzechy nerkowca, wszystko skropione przeze mnie ćwiartką limonki.... poezja!

Tak bardzo zainspirowała mnie ta tajska restauracja, że na drugi dzień postanowiłam upichić coś, co nie bardzo wiem jak nazwać. Zupa tajska z makaronem? Makakaron w mleku kokosowym? Naprawdę nie wiem, ale było przepyszne!

składniki:

150 ml mleka kokosowego
dwie duże cebule
4 ząbki czosnku
łyżka stołowa siemienia lnianego
dwie łyżki stołowe posiekanej natki pietruszki
100g tofu wędzonego
dwie łyżki stołowe soku z limonki
makaron ryżowy (ile kto lubi)
sól, pieprz

Do garnuszka wlałam mleko kokosowe, wrzuciłam pokrojoną w półksiężyce cebulę, plasterki czosnku i gotowałam na malutkim ogniu, aż cebula zmiękła. Wyłączyłam gaz.  Dorzuciłam siemię lniane, pokrojone w dość dużą kosktę tofu, pietruszkę i sok z limonki, a gdy makaron skończył się gotować, odcedziłam go, nałożyłam do miseczki i zalałam swoim... sosem? :)


Proste niesamowicie, ale jakże pyszne!

Karolina

czwartek, 23 maja 2013

problem z zupami

Odkąd zaczęłam zastanawiać się nad przejściem na wegetarianizm, jedną z pierwszych myśli, jakie pojawiły mi się w głowie były zupy. "No ale jak zrobić zupę bez mięsa? Kapuśniak jest na żeberkach, rosół na kurczaku..." , a przyznać muszę, że kocham zupy, szczególnie te tradycyjne, które u mnie w rodzinie często goszczą na stołach.

Gdy przyjechałam do Francji, poproszono  mnie o przygotowanie zupy. Za pierwszym razem miała to być zupa taka, jaką tutejsza rodzina jada. Instrukcje, które usłyszałam to "warzywa i woda". Wtedy jeszcze jadłam mięso, więc zdziwiło mnie to.

Obrałam starannie marchewki, selera, pory, paprykę, rzepy, cebulę, czosnek, wszystko dokładnie posiekałam i razem ze świerzymi ziołami wrzuciłam na wodę. Gdy warzywa zmiękły spróbowałam zupy. "Uchhh przecież to w ogóle nie ma smaku! Co zrobić, żeby nadać temu smak?"  W panice zaczęłam wrzucać do wody różne przyprawy, nawet dodałam odrobinę koncentratu pomidorowego. Do domu wróciła Enide, zaczęłam się dziko tłumaczyć, że zupa nie ma za wiele smaku, bo nie ma mięsa, nie ma śmietany, itp, że nie zabardzo wiem co z tym zrobić. Po czym ona uśmiechnęła się i wyjęła z szafki blender :) , a problem był rozwiązany.
Rozwiązany w przypadku zwykłych warzywnych zup. Okazało się, że rodzina u której mieszkam, lubuje się w zwykłych wegetariańskich kremach z warzyw (mimo iż wegetarianami nie są). Jedzą je na kolację, ponieważ są lekkie, a po nich łatwo im się zasypia.
Mimo wszystko lubią czasem spróbować czegoś polskiego, więc poprosili mnie o przygotowanie zupy, którą jada się u nas i mimo iż nazwa głosi "barszcz ukraiński", uznałam, że to w sumie potrawa, która często gości na polskich stołach, więc ją przygotowałam. Bardzo tą zupę polubili, teraz muszę ją przygotowywać regularnie :)

I tu ostatnio pojawiła się moja rozterka, ponieważ jak wcześniej przygotowywałam dla nich barszcz ukraiński, upierałam się, że ten prawdziwy musi być na porządnym mięsnym bulionie i musi w nim być śmietana, a teraz nie dość, że nie jem mięsa, to jeszcze na dodatek staram się, żeby moje potrawy były niskokaloryczne i zdrowe. Nie zastanawiając się zawiele, przygotowałam prosty wegetariański dietetyczny barszcz ala ukraiński. I wiecie co? przypadł im do gustu jeszcze bardziej niż ten prawdziwy :)

Tak jak wspomniałam, jest bajecznie prosty. Nie wiem czy w Polsce pojawiły się już, ale tutaj aż roi się ugotowanych paczkowanych buraków z produkcji ekologicznej. To naprawdę wiele ułatwia, bo dzięki temu o wiele więcej ich jem - nienawidzę obierać buraków...



Składniki na porcję ok. 4 - 5 osób:

1 duży burak (obrany i ugotowany)
2 duże marchewki
2 średniej wielkości pory
1 duża cebula
2 duże ząbki czosnku
sok z połówki cytryny
2 duże rzepy
4 listki laurowe
pieprz w ziarnach
sól

Warzywa obrałam i umyłam. Marchewki, buraki i rzepy starłam na tarce o grubych oczkach. Cebulę i pora pokroiłam w półksiężyce, a czosnek w plasterki. Caaała filozofia to wrzucić wszystko na wodę (buraczki troszkę później, bo już były gotowane) i gotować, aż warzywa zmiękną. Na koniec dolałam sok z cytryny, bo bardzo lubię kwaskowatość barszczu.
Nie, w moim barszczu nie było fasoli, bo decyzja o zrobieniu barszczu pojawiła się spontanicznie i nie zdążyłam jej przez noc namoczyć :)

Problem z barszczem rozwiązany, teraz zastanawiam się jak zrobić wegetariański kapuśniak!

Smacznego!
Karolina

poniedziałek, 20 maja 2013

Dzien dobry!


Jak się rodzi pomysł na bloga? To zależy. W naszym przypadku wszystko dookoła aż krzyczało "blog, blog, blog!".

Odkąd obie dołączyłyśmy do grona "zielonych" chciałyśmy się wymieniać opiniami, pomysłami i doświadczeniami. Wszystko było takie nowe i świeże, a fakt, że byłyśmy w tym razem dodawał sytuacji smaku (dosłownie i w przenośni). Przez pewien czas był to temat numer jeden rozmów, maili ... Zielona nitka łącząca Francję z Polską. Biegnąca między Lille a Wrocławiem. 


Kiedy Karolina rzuciła hasło "blog", ja już wiedziałam do czego to doprowadzi. Nie wahałam się zbyt długo. Przyznaję, że pomysł i pierwsza wizja to jej sprawka, ale poczułam ją jak swoją!
Dla mnie najważniejsze jest to, że będziemy go prowadzić razem. To nie jest kolejny projekt, który realizuję, to jest rzecz, którą robię wspólnie z moją siostrą! :)

(Kinga)


Od dawna marzyłam o jakimś porządnym  blogu, który istniałby dłużej niż przez dwa miesiące, ale zawsze jakoś brakowało konkretnego tematu. Jakiś czas temu postanowiłam przejść na zieloną stronę i zaraz po tym od razu pojawił się pomysł na bloga. Tak! To jest to! Dzielmy się tym wszystkim. Nie jestem specjalistką – ani w kwestii wegetarianizmu, ani w gotowaniu, ale w moim mniemaniu ten blog nie ma służyć popisywaniu się swoją wiedzą czy umiejętnościami. Chodzi o to, żeby się rozwijać, uczyć i wzajemnie wspierać dzieląc się wiedzą i doświadczeniami, a z siostrą zawsze wszystko idzie łatwiej! :) 

(Karolina)

Z różnych perspektyw chcemy wspólnie spojrzeć na ten sam temat: dzielić się pomysłami (nie tylko na to, co położyć na talerzu), rozmawiać i inspirować (się wzajemnie i innych).

Siostrzanie, międzynarodowo i wegetariańsko!
To wszystko musiało się skończyć (zacząć?) blogiem :)


Zapraszamy do czytania!